kongres-malzenstwCzwarta prelekcja II Ogólnopolskiego Kongresu Małżeństw w Świdnicy wygłoszona została przez Pana Stanisława Sławińskiego, pedagoga, wykładowcy na Wydziale Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Prelegent mówił o jedności i autonomii małżonków.

Na początku Pan Stanisław Sławiński zwrócił uwagę na fakt, że żyjemy w narastającym zamęcie pojęć. Ze wszystkich stron docierają do nas rozmaite komunikaty.

Każdy człowiek znajduje się w pewnym środowisku pojęciowym, tzn. używa jakiś nazw, określeń, sformułowań, a są one coraz bardziej mętne i niejasne. Stają się dla nas coraz bardziej nieczytelne. Dotyczy to takich pojęć, jak: życie ludzkie, małżeństwo, rodzina, wychowanie.

Ten zamęt nie jest do końca przypadkowy. Oferowane są ludziom pewne „propozycje” nowoczesnego podejścia do tych zagadnień. Natrętnie promowana nowoczesność kwestionuje najbardziej fundamentalne prawdy o człowieku. Wszystko razem tworzy swoistą kontr-wizję człowieczeństwa.

Przy czym te idee nowoczesności, pojęte w taki sposób, już dawno przestały być sferą wąskich kręgów, żyjących na marginesie społeczeństwa. One zaczynają się rozprzestrzeniać, przez co i nas ogarniają i dotyczą. Co więcej, przenikają nasze myślenie i postrzeganie.

Te idee dominują w mediach, a media są przecież bardzo mocno obecne w naszym życiu. Idee te zaczynają wchodzić także do ustawodawstwa. Konkretnym przykładem może być prawo do zawierania małżeństwa przez pary homoseksualne, istniejące w porządku prawnym niektórych krajów europejskich. Do niedawna było to nie do pomyślenia. Ostatnie wydarzenia w Polsce pokazały, że i my nie jesteśmy wyłączeni z tego procesu.

Ważne jest, by bronić samych siebie przed tego rodzaju nowoczesnością, która nie tylko nas otacza, ale zaczyna przenikać także nasze myślenie. Nie wolno nam ulec złudzeniu, że takie myślenie nas nie dotyczy. Naporowi fałszywych idei trzeba się przeciwstawiać, np. poprzez branie udziału w takich spotkaniach, jak Kongres Małżeństw w Świdnicy.

Konsekwencją bałaganu myślowego, którego jesteśmy dzisiaj świadkami, jest m.in. problem, przedstawiony w niniejszej prelekcji: Jak rozumieć jedność małżonków (małżeńskie „my”) w relacji do autonomii męża i żony (mojego „ja” i „ja” mojego współmałżonka)?

stanislaw-slawinski

Należy zaznaczyć, że rozumienie zarówno tej jedności, jak i autonomii jest bardzo powierzchowne.

Intuicyjne rozumienie jedności małżeńskiej podpowiada, że jest to ogólna zgodność poglądów i działań: to samo uważamy, tak samo działamy. Natomiast autonomia kojarzy nam się często z prawem do posiadania własnych przekonań, dokonywania własnych wyborów: ja uważam, mnie się podoba, moim zdaniem.

Tak pojmowana jedność i autonomia łatwo wchodzą w konflikt. Ten konflikt często w sposób, którego małżonkowie sobie nie uświadamiają, staje się początkiem czy przyczyną pewnego rozłamu między mężem a żoną. W momencie, gdy autonomia weźmie górę w związku (a współcześnie zdarza się to coraz częściej), efektem będzie rozwód i rozstanie.

Pojawia się więc bardzo konkretny problem: jak połączyć budowanie jedności małżeńskiej z zachowaniem prawa do bycia sobą, do bycia „po swojemu”?

Żeby znaleźć dobrą odpowiedź na to pytanie, należy zgłębić sens pojęcia „jedność małżeńska”.

Jedność małżeńska nie polega na tym, że małżonkowie tak samo lub podobnie myślą, patrzą, że mają te same zainteresowania, że lubią tak samo wypoczywać, że w podobny, zbliżony sposób reagują na wydarzenia. W jedności małżeńskiej nie chodzi o to, by małżonkowie byli tacy sami czy jak najbardziej tacy sami.

Gdy małżonkowie tak będą rozumieli jedność małżeńską, będą podejmowali próby upodobnienia się do współmałżonka: ja chcę się upodobnić do współmałżonka, więc odsuwam na bok to, jaka/jaki jestem lub wymuszam za pomocą różnych środków, by współmałżonek upodobnił się do mnie, gdyż JA wiem, jak powinno być dobrze, a TY masz się dostosować [bo w MOIM domu...] Takie działanie to droga donikąd. W taki sposób nie da się osiągnąć jedności małżeńskiej, gdyż nie da się żyć i funkcjonować, jeżeli człowiek nie jest sobą.

Owszem, zdarzają się małżeństwa, które próbują w ten sposób żyć i starają się znaleźć równowagę poprzez stosowanie tej zasady upodabniania się do siebie, i małżeństwa te nie kończą się rozwodem i rozstaniem małżonków. Ale sukces w budowaniu prawdziwej jedności małżeńskiej nie polega tylko na tym, że nie doszło do rozwodu! Trwałość małżeństwa nie oznacza, że małżonkowie żyją w jedności małżeńskiej. Ta trwałość związku jest ogromnie ważna i nie wolno jej lekceważyć, ale to jeszcze nie wystarczy, by uznać, że małżeństwo żyje w jedności. Można bowiem być razem i jednocześnie być od siebie daleko.

Jak więc budować tę jedność? Co pomaga w jej budowaniu?

Można wskazać tu kilka podstawowych i bardzo ważnych spraw:

  1. sposób rozumienia małżeństwa – wprowadzenie jasności odnośnie pojęć, których używamy;
  2. akceptacja, dialog, wdzięczność, przebaczanie;
  3. modlitwa.

Obecnie żyjemy w kulturze post-chrześcijańskiej. Zachód wyparł się swoich korzeni, wyrastających z chrześcijaństwa, i udaje, że tych korzeni nie ma, że one uschły.

Ten współczesny świat zachodni wydobywa, a nawet nobilituje i powoduje swoiste pseudo-usakralnienie autonomii jednostki. W naszym świecie funkcjonuje pewien nowoczesny przesąd, że człowiekowi przysługuje niczym nie ograniczone prawo do życia według własnego widzimisię, a to widzimisię w każdej chwili może się zupełnie zmienić. Pojawia się swoista zasada antropologiczna: „wszystko mogę, co mi się zachce”.

Na tym tle dokonuje się wiele przemian w świadomości społecznej, w tym m.in. demontuje się definicję małżeństwa, wywodzącą się z chrześcijaństwa. Te przemiany w świadomości społecznej są niezwykle istotne, gdyż w ich wyniku i MY zaczynamy inaczej myśleć.

Można zauważyć bardzo spłycone, przypadkowe powody zawierania małżeństwa, np. chwilowe zauroczenie, chęć wyrwania się z domu rodzinnego, sytuacje przymusowe (ciąża przedmałżeńska, pozamałżeńska). Coraz rzadziej dzisiaj (dotyczy to także naszych dzieci) młodzi ludzie myślą o utworzeniu wspólnoty małżeńskiej na całe życie jako o swoim zadaniu, swoim zamiarze. „Nierozerwalność małżeństwa” stało się dla większości ludzi pojęciem pustym, archaizmem.

Dzisiejszy świat interpretuje małżeństwo w kategorii swego rodzaju umowy, kontraktu o wymianie usług z obustronną korzyścią.

My, osoby wierzące, też tak patrzymy, bo taki sposób patrzenia siedzi w nas głęboko. Nie jesteśmy z innego świata,  więc nasiąkamy mentalnością, która nas otacza: małżeństwo ma się opłacać, mamy „prawo do szczęścia”. Jak nie wychodzi, jeśli  małżeństwo się nie opłaca, nie tylko można, ale i trzeba wycofać się z tej umowy. Z takiego myślenia wypływa łatwość decyzji o rozwodzie i akceptacja otoczenia dla rozwodów dzieci, wnuków, znajomych: nowy samochód, nowa żona, nowy dom...

Bolesne jest to, że także środowiska katolickie nasiąknęły tą mentalnością, tak jakby przestały już obowiązywać słowa Jezusa o nierozerwalności małżeństwa. Te słowa: „co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” zostały w naszym myśleniu jakby unieważnione. Ta przemiana świadomości powoduje więc takie, a nie inne reakcje ludzi, chodzących do kościoła i modlących się, wobec zjawiska rozwodu.

Lekkie i raczej instrumentalne podejście do małżeństwa, pojmowanie go w kategoriach umowy o wymianie wzajemnych, także seksualnych, usług to jest ta dzisiejsza gleba, na której rodzą się rozwody i z której wyrastają dwa następne zjawiska: wolne związki (czyli wspólne mieszkanie bez ślubu) i single (czyli osoby programowo z nikim nie związane). Przy czym prelegent za singla nie uważa osoby, która wybrała drogę celibatu, życia w samotności, ale jest to ktoś, kto nie chce podejmować żadnych zobowiązań, a kto „używa” drugiego człowieka np. w celu rozładowania swoich potrzeb seksualnych.

Omawiając moment pojawienia się kryzysu w małżeństwie prelegent wskazał, że każdy człowiek ma indywidualne słabości i braki, które stają się przyczyną tych właśnie kryzysów lub w bardzo istotny sposób przyczyniają się do powstania sytuacji kryzysowych.

W momencie, gdy ze strony współmałżonka doświadcza się kłopotów, trudności, gdy doświadcza się rozmaitych przykrości, moje „ja” łatwo może się zbuntować. Gdy te trudności i przykrości występują w sposób ciągły, mimo podejmowania ze strony jednego ze współmałżonków prób negocjacji, porozumienia, uzgodnienia pewnych przykrych rzeczy, by one się nie powtarzały, wówczas odzywa się w danym współmałżonków opisana wyżej mentalność. Dochodzi się wówczas do wniosku, że „saldo osobistych zysków i strat jest ujemne, tzn. że małżeństwo się nie opłaca. Jest kiepską inwestycją.”

To z tego powodu to współczesne, zbyt powierzchowne i „prostackie” rozumienie małżeństwa jest bardzo często źródłem wewnętrznego kryzysu małżonków. Nie kryzysu małżeństwa, ale kryzysu, który pojawia się w niej lub w nim, lub równocześnie: w niej i w nim.

Człowiek przeżywa w sobie konflikt: moje „ja” jest stratne z powodu naszego „my”. Im bardziej miałby być to opłacalny kontrakt, tym ostrzej rysuje się problem: „Czy warto to podtrzymywać? Czy mnie się to opłaca?”

W takiej sytuacji w sercu i w świadomości (często podświadomości) człowieka przeżywany jest konflikt pomiędzy pokrzywdzonym „ja” oraz „my”, które nie jest dość satysfakcjonujące .

Wówczas bardzo niewiele potrzeba, by ten kryzys wewnętrzny w jednym współmałżonku lub w obojgu równocześnie przekształcił się w najpierw ukryty, a później jawny konflikt pomiędzy nimi, czyli w kryzys małżeński. Zaistnienie takiej sytuacji konfliktowej doprowadza do tego, że małżonkowie stają się dla siebie wrogami, przeciwnikami. Stają przeciwko sobie. Jedność małżeńska staje się zagrożeniem.

Tak więc ze sposobu pojmowania małżeństwa, jaki dzisiejszy świat wsącza nam wszystkim w głowy, rodzi się w konsekwencji ryzyko katastrofy małżeństwa.

Jak więc warto myśleć o małżeństwie, by sobie i innym pomagać w rozumieniu, o co chodzi w jedności małżeńskiej?

Otóż warto wiedzieć, że małżonkowie tym bardziej przeżywają realnie jedność w swoim życiu małżeńskim, im większa jest ich świadomość, że małżeństwo jest ich wspólną wyprawą przez życie. Małżonkowie od momentu zawarcia małżeństwa we dwoje stanowią jedną drużynę.

Mówił o tym Jezus: „a tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało” (Mt 19,6). Dwa ciała fizyczne stają się jednym ciałem, tworzą wspólnotę.

Ten zwrot: „jedno ciało” nie może być tu rozumiany w sensie fizycznym, materialnym. Za przykład może służyć np. senat uczelni – jest to jedno ciało kolegialne w instytucji, ale tworzy je wielu ludzi. Jednak to senat jako „ciało” stanowi podmiot działań i decyzji.

Tak samo małżeństwo: jest wspólnotą, jest „jednym ciałem”, które realnie istnieje, a w jego skład wchodzi dwoje ludzi: mąż i żona. Dlatego małżonkowie nadal są jedną wspólnotą, mimo że może dzielić ich wiele kilometrów. Ta wspólnota nie przestaje istnieć tylko dlatego, że np. mąż wyjechał w delegację.

Chodzi tu więc o pogłębione zrozumienie, że małżonkowie grają w swoim życiu jako jedna drużyna. Jako przykład podano grę w tenisa, w debla. W jednej drużynie jest dwóch graczy. Warto tu podkreślić, że albo cała drużyna razem wygrywa, albo cała drużyna przegrywa. Z boiska grający schodzą razem: albo jako zwycięzcy, albo jako przegrani. W deblu – grze drużynowej – nie może być tak, że jeden z graczy wygra, a drugi przegra. Wygrywa się RAZEM, bo jest to jedna drużyna, dwuosobowa.

Przy czym w małżeństwie gra się toczy o nieporównanie wyższą stawkę!

Gdy chce się wygrać swoje małżeństwo, to nie można grać przeciwko sobie. Warto sobie tę praktyczną wskazówkę przywoływać w momentach napięć i trudności: nie wolno grać przeciwko swojej żonie, nie wolno grać przeciwko swojemu mężowi! To nie jest twój przeciwnik!

W małżeństwi stoi się po tej samej stronie „siatki” i gra się o to samo zwycięstwo. Nie można za najważniejsze uznawać więc tego, że on czy ona w danym momencie „zepsuli” 4 piłki. Bo to małżeństwo jako drużyna, przegrywa te 4 piłki.

Wszystkie zalety męża czy żony wzmacniają drużynę i budują siłę małżeństwa, przez co łatwiej jest osiągnąć sukces. Jeżeli żona coś szczególnie umie, np. wprowadza humor, dobrą atmosferę w rodzinie, to jest to siła małżeństwa. Jeżeli mąż w jakiś trudnych sytuacjach potrafi szybko znaleźć rozwiązanie problemu, to jest to siła małżeństwa. Jest to atut wspólny małżeństwa.

Natomiast słabe strony, których w żadnym małżeństwie nie brakuje, nie muszą oznaczać słabości małżeństwa, gdy są pojmowane jako wspólne wyzwanie. Słabości współmałżonków nie muszą stanowić przeszkody w wygraniu małżeństwa. Ale to wymaga pewnej dojrzałości.

Na czym więc polega ta dojrzałość osobowa?

Dojrzałość polega na tym, że człowiek uznaje swoje ograniczenia. Zdaje on sobie sprawę ze swoich możliwości: co może zrobić, a co go przerasta i, nie rezygnując z pracy nad sobą, dostosowuje do swoich ograniczeń cele, a także sposoby ich realizacji.

Inaczej mówiąc: dojrzałość polega na tym, że człowiek widzi realnie, na co się może zdobyć, jakie może sobie postawić cele i jakimi metodami może je realnie osiągać. I przyjmuje to do wiadomości, nie walczy z tym.

W aspekcie małżeństwa dojrzałość osobowa bierze pod uwagę zdolności i ograniczenia nie tylko swoje, ale i współmałżonka. Dodatkowo trzeba brać także pod uwagę oczekiwania drugiej strony: nie tylko co może i czego nie może, ale także, czego by chciał/chciała.

Jeżeli umiemy szukać codziennych zachowań i długofalowych planów z perspektywy realnej oceny siebie i sytuacji partnera, to wtedy te wszystkie nasze słabości nie są w stanie nam przeszkodzić stworzyć dobrą małżeńską wspólnotę.

Prelegent wskazał także, że często podczas życzeń ślubnych państwo młodzi (przeważnie mężczyźni) słyszą: „To już koniec twojej wolności”. To niby taki żartobliwy komentarz, ale ten typ myślenia i wypowiedzi pokazuje, że autonomię człowieka utożsamia się z jego wolnością od zobowiązań. Tymczasem w przysiędze małżeńskiej zaciąga się pewne zobowiązania wobec osoby, z którą od tej pory będzie się szło przez życie. Dlatego takie płytkie, nie pogłębione rozumienie autonomii stoi w sprzeczności z budowaniem jedności małżeńskiej.

Żeby więc małżeństwo weszło na drogę budowania swojej jedności, małżonkowie muszą wyzwalać się od wpływu:

  1. powierzchownych sądów o małżeństwie: że to jest kontrakt o wymianie usług (bo nie jest!)
  2. teorii, przekonań, w których głosi się konieczność obrony infantylnie (niedojrzale, naiwnie) pojmowanej autonomii (niezależności).

Prelegent zauważył, że każdemu człowiekowi, niezależnie od wieku, potrzebne jest stopniowe dochodzenie do tej prawdy, że prawdziwa samorealizacja polega na odejściu od egocentrycznego spojrzenia na siebie i drugiego człowieka, od bycia dla siebie do bycia dla innych.

Do bycia dla innych trzeba dojrzewać i nie oznacza to wcale ograniczania własnej autonomii. Autonomia polega bowiem na zachowaniu wewnętrznej wolności do działania pod wpływem rozumu i sumienia (zob. prelekcja Jacka Pulikowskiego - http://rodzina.wiara.pl/doc/1380690.Jak-budowac-komunie-osob).

W małżeństwie małżonkowie też mają działać pod wpływem rozumu i sumienia i nikt i nic nie może narzucić im działania wbrew rozumowi i sumieniu.

Samorealizacja w małżeństwie, czyli „ja” się realizuję w małżeństwie, polega na tym, że kolejne sytuacje w małżeństwie kształtowane są w taki sposób, żeby być bardziej dla tej drugiej osoby niż dla siebie. Gdy przestaję być dla siebie, wtedy staję się w pełni „ja”. W tej perspektywie nie ma żadnej kolizji autonomii męża czy żony z jednością małżeństwa. Ale do tego właśnie potrzebne jest właściwe rozumienie autonomii i jedności w małżeństwie.

Należy wielokrotnie przypominać, że bycie w jedności z innymi stanowi wielką, ale nie zawsze w pełni uświadomioną potrzebę każdego człowieka. Człowiek potrzebuje bycia w jedności z drugim człowiekiem i niemożność takiego bycia w jedności z innymi jest wielkim cierpieniem serca ludzkiego. Człowiek w naturalny sposób uczestniczy w różnych wspólnotach, w ramach których doświadcza jedności w formach i wymiarach właściwych dla danej wspólnoty. Wspólnota małżeńska zajmuje wśród tych wspólnot miejsce szczególne. Dzięki niej i w niej człowiek może przeżywać doświadczenie bardzo głębokiej jedności z drugim człowiekiem. Gdy małżeństwo osiąga taką jedność, tym samym osiągnięta zostaje dojrzałość w samorealizacji indywidualnego „ja” każdego z małżonków. Pan Stanisław Sławiński pięknie powiedział, że: „ja” w pełni staję się „ja” wtedy, kiedy w pełni przeżywam „my” i dzięki temu, że w pełni przeżywam „my”.

Budowanie prawdziwej jedności małżeńskiej nie polega na sztucznym upodabnianiu się do drugiego. Nie polega także, co warto podkreślić, na milczącym cierpieniu z powodu tego, że drugi człowiek jest inny: inaczej myśli, inaczej czuje, w inny sposób wyraża swoje emocje. Ważne więc, by w małżeństwie nie być takim samym, ani nie cierpieć, że jest się innym.

Na drodze do jedności małżeńskiej pojawia się wysiłek akceptowania inności drugiego takim, jakim jest. To wcale nie jest łatwe, a w małżeństwie szczególnie nie jest łatwe, bo w tym związku ludzie są bardzo blisko, a wtedy bardzo dużo się widzi. To najczęściej wystawia małżonków na próbę wyrozumiałości wobec siebie nawzajem.

Okazuje się, że w małżeństwie nawet drobiazgi mogą być trudne do zniesienia, bo z tej bliskości, jaka jest w małżeństwie, zatraca się poczucie perspektywy i proporcji. Sprawia to, że rzeczy małe, drobne, stają się groźne i urastają w oczach małżonków do wielkich rozmiarów. Będąc tak bardzo blisko siebie nie widzi się całości perspektywy, co sprawia, że szczegóły i drobiazgi potrafią wiele przysłonić.

Warto podkreślić, że trudność w akceptacji innych bardzo często ma swoje źródło w trudności z akceptacją samego siebie. Ludzie często nie uświadamiają sobie wymiaru nie akceptowania swojego „ja”, a ten brak akceptacji rzutuje także na relację małżeńską i na gotowość akceptowania inności żony czy męża. Przy czym w małżeństwie chodzi nie tylko o zaakceptowanie inności, która wprost wiąże się z różnicą płci, ale warto pamiętać, że inność wynika z wielu źródeł, m.in. z tego, że małżonkowie pochodzą z różnych domów, z innych tradycji czy kultur, innych rejonów Polski. Czasami ta różnica inności środowisk pochodzenia sprawia małżonkom więcej problemów niż różnice spowodowane innością natury męskiej i kobiecej.

Warto uświadomić sobie, na czym mogą polegać trudności we wzajemnej akceptacji małżonków, bo ta wiedza może ułatwić rozwiązywanie danego problemu. Ta wiedza może także przydać się rodzicom małżonków, by pomogli oni zrozumieć młodym, skąd biorą się źródła ich problemów małżeńskich.

Małżonkowie mogą sobie nawzajem bardzo pomóc poprzez uruchomienie pewnego mechanizmu sprzężenia zwrotnego: osoba, która jest akceptowana przez kogoś, łatwiej akceptuje siebie. Jeżeli zaś łatwiej akceptuje siebie, tym samym łatwiej jej jest zaakceptować drugiego człowieka.

Niezależnie więc od tego, kto będzie pierwszą osobą w małżeństwie, która „poczęstuje” drugą stronę taką wyraźną akceptacją, pomoże ona w ten sposób współmałżonkowi w przezwyciężaniu trudności w akceptacji własnego „ja”, a także w akceptacji drugiej strony.

Prelegent podał praktyczną wskazówkę, dotyczącą budowania jedności małżeńskiej: niezależnie od trudności drugą osobę trzeba bezwarunkowo akceptować. I to nie jest do rozumienia, ale do praktykowania, jak mówił Mieczysław Guzewicz (http://rodzina.wiara.pl/doc/1348278.Piekna-wielkosc-malzenstwa).

Ta wskazówka nie jest łatwa w stosowaniu, ale im bardziej będziemy w sobie umacniać tę akceptację współmałżonka, tym bardziej otworzymy sobie szersze przejście do lepszej przyszłości naszego małżeństwa.

Trzeba jednak podkreślić, by nie było nieporozumień, że akceptacja drugiego nie polega na tym, by ulegać każdej zachciance współmałżonka. Nie oznacza też rezygnowania z wypowiadania przed drugim swoich oczekiwań czy ocen [że nie podoba mi się to, chciałbym, chciałabym to czy to]. Ta akceptacja nie polega też na tym, że drugiemu człowiekowi nie stawia się żadnych ograniczeń. Akceptacja drugiego oznacza czytelny dla niego znak, że się szanuje jego autonomię.

W dalszej części swego wystąpienia Pan Stanisław Sławiński mówił o dialogu.

Dialog kojarzy nam się jako alternatywa dla rozwiązań siłowych. Jednak nie każda rozmowa jest dialogiem. Dialog to rozmowa, która łączy, zbliża ludzi w sferze intelektualnej, emocjonalnej, bądź w sferze współdziałania.

Dialog stanowi bardzo ważny warunek wspólnego dojrzewania małżonków do jedności.

To, czy rozmowa stała się dialogiem, a więc czy zaczęła zbliżać współmałżonków, zależy od kilku czynników. Rozmowa wtedy staje się dialogiem, gdy osoby, które rozmawiają, stają przed sobą w prawdzie.

Stanąć w prawdzie to:

  • zauważyć, że rozmawia się z kimś, kto nie jest przeciwnikiem (oznacza to szacunek dla żony, dla męża, czyli dla osoby, z którą się rozmawia; brak poszanowania fałszuje całą rzeczywistość kontaktu)
  • rozmawiać z prawdziwej pozycji (pilnować się, by nie być prokuratorem, sędzią, przełożonym, podwładnym w stosunku do swego męża czy żony; podczas rozmowy trzeba być osobą najbliższą, z którą się idzie przez życie. Przyjmowanie innych ról bardzo często uniemożliwia dialog [„Przestań być takim dyrektorem! Tu nie jest twoja praca” –  tak często mówi żona do męża – dyrektora, gdy traktuje ją jak swoją sekretarkę])
  • być szczerym (prawda słów jest podstawą zaufania, a zaufanie jest jednym z wymiarów więzi)
  • rozmawiać prawdziwie, czyli słuchać i mówić o rzeczach ważnych.

Budowanie codziennego życia bez dialogu jest przeogromnie trudne. W tym sensie dialog stanowi klucz do dobrego budowania codzienności.

Na końcu wystąpienia prelegent wspomniał jeszcze o dwóch ważnych rzeczach: o wdzięczności i przebaczaniu.

Mąż i żona świadczą sobie na co dzień niezliczonej ilości różnego rodzaju usługi, wzajemne przysługi i pomoce, często tak oczywiste, że wydają się one czymś należnym. Traktujemy je jak powietrze i nie zauważamy ich. Tymczasem jest to wielki dar zwykłego wzajemnego wspierania się na drodze życia. Ten dar domaga się wdzięczności. Mądry człowiek wie, ile zawdzięcza i umie dziękować za codzienność – nie tylko od święta. Wdzięczność serca również istotnie buduje więź w małżeństwie.

Warto też wiedzieć i przyjąć, że w małżeńskim życiu nie da się uniknąć sytuacji, w której komuś sprawi się przykrość, wyrządzi szkodę czy ktoś poczuje się skrzywdzony, chociaż nie było powodu. Dlatego bez przebaczenia, jako pewnej życiowej zasady, trudno jest osiągnąć małżeńską jedność. 

Pan Stanisław Sławiński podkreślił na koniec, że to, co powiedział, to pewne prawdy uniwersalne, które nie wymagają wiary w Boga, a jedynie pewnej dozy racjonalnego namysłu.

Jednak ludzie wierzący mogą w różnych sprawach prosić o pomoc z wysoka i jesteśmy wysłuchiwani. Katolickie małżeństwo jako sakrament jest w szczególny sposób zakorzenione w Bożej rzeczywistości. Dlatego w sprawach dotyczących małżeństwa szczególnie warto zwracać się o Bożą opiekę i pomoc. W intencji małżeństwa trzeba się po prostu modlić.

Modlitwa za współmałżonka to szczególny obowiązek i przywilej, a wspólna modlitwa ma szczególną moc jednoczenia małżonków.